Jak kłóciliśmy się z karetką pogotowia

Opowiem Wam o naszej ostatniej przygodzie. Było to tak:

Wyszliśmy sobie z domu – ja w stroju spacerowym: w namordniku i na dłuuugiej smyczy, a Jola z białą laską. Chcieliśmy przejść przez uliczkę osiedlową i wtedy zatrzymał się przed nami samochód. Jola pokazywała mu, że sobie poczekamy. Zrobiła tak związku z naszymi ostatnimi doświadczeniami przechodzenia kierowcom przed maską. To jest nieprzyjemne, bo oni potem zganiają nas z jezdni swoimi samochodami, a nie chcemy zostać rozjechani, ani nawet się pogubić.

Wtedy podszedł do niej Pan i powiedział, że pomoże.

Nie chcę dziękuję – uprzejmie odezwała się Jola.

- Pomogę – powtórzył i zaczął Jolę pchać niczym worek z karmą.

Wtedy Jola zaparła się nogami i już niezbyt uprzejmie warknęła przez zęby, podobnie, jak to robią moi koledzy:

- Nie dziękuję.

Dopiero w tym momencie Pan zrozumiał, że siłą się nie da.

- Proszę Pani jesteśmy z pogotowia i chcemy wjechać na chodnik – powiedział i odsunęliśmy się mu z drogi.

Skąd Jola miała to wiedzieć! Przecież nie umiałem jej wytłumaczyć, że tym razem unikam samochodu, który czasem głośno buczy. Dla mnie jest to samochód, jak każdy inny i nie rozpoznaję, kiedy trzeba mu bezwzględnie zejść z drogi. Pies nie umie powiedzieć, trzeba to zrobić ludzkim językiem.

Merdam radośnie –

Major, który nie chciałby jechać karetką pogotowia

maiorprofilowe

Odpowiedz

Komentarz: