Wakacje w mieście o męskim imieniu

Pojechaliśmy z Jolą na cudowny urlop. Było to tym większe święto, że Jola od dawna nie odpoczywała. Zaczęło się bajkowo już w autobusie, do którego wsiedliśmy, kiedy nie było w nim kierowcy. Ludziska się przepychali i nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić ze sobą. Wtedy to, ustępując im miejsca w przejściu, moja pani usiadła na siedzeniu kierowcy.

Usłyszeliśmy za plecami odgłosy przerażenia. Jak to, czy pani poprowadzi ten autobus?

- Nie – odpowiedziała Jola i wtedy zakupiłem 17 biletów, Niechcący nacisnąwszy na kasę fiskalną, która leżała na podłodze. Gdybym dłużej tak stał, to może nawet wykupiłbym miejsca na przejazd w kilku autobusach. Mógłbym podróżować przez parę następnych lat, zapewniając Joli upojny wypoczynek. Niestety przyszedł kierowca i musiałem zrobić mu miejsce spuszczając łapę z kasy. Zaczęła się awantura, ale jej dokładnie nie rozumiałem, ponieważ mówili wszyscy na raz. Oprócz Joli i kierowcy tyrorowała pewna pani, broniąca honoru firmy transportowej. Kierowca nie umiał się zdecydować ile powinienem zapłacić za bilet. I tu przegrywam z białą laską, bo ona nie zarabiając również w autobusie nie uiszcza żadnych opłat. Peper, mój kolega po fachu, za swój przejazd nic nie zapłacił, a w drodze powrotnej podróżował 2 razy drożej ode mnie.

Jeszcze wrócę do momentu samego wsiadania: kirowca mówił do Joli, że nie powinna wchodzić do autobusu, jeśli jej nie zaprosił. Przecież stał obok tego pojazdu i powinna go zapytać, czy już można wejść. Dziwni są Ci ludzie. Uważają, że Joli łatwiej niż im zlokalizować, gdzie się znajdują i obowiązek poszukiwania należy do niej. Jednak później jakoś wszystko się zmieniło. Zrobiło się tak milutko, jak lubię. Będąc labradorem uwielbiam spokój i harmonię pomiędzy ludźmi.

W drodze powrotnej zapłaciłem tyle, co Peper wracając do Warszawy, ale za to Jola prowadziła długą rozmowę telefoniczną z szefem firmy. Szczęście, że w końcu straciła zasięg, bo w przeciwnym wypadku mogłaby tak dyskutować do końca podróży. Dowiedziała się wtedy, że za kierowcą jest wypisany regulamin przewoźnika, na który się zgodziła w momencie kupowania biletu. Może to i uczciwa zasada, gdyby nie fakt, że ja wcale nie mogłem jej tego regulaminu przeczytać. W Internecie też go nie ma, więc Jola sama miałaby trudności, żeby się z nim zapoznać. I co gorsze: Pan szef ma wprawdzie definicję przewodnika osoby niewidomej, ale jest nim osoba ludzka. A ja Redzio jestem tylko psem, bo właściwie nie wiadomo jaka jest definicja psa przewodnika i czy spełniam jej kryteria. Taki to był zamęt z nami psami ufoludkami, na które nie ma żadnych zasad.

Za to wyjazd wspominam, jako cudowny zarówno słoneczny, jak i deszczowy, a po środku miasta płynęła Wisła, której nurt pokonywałem we wszystkie strony. Trochę zwiedzałem, trochę się wspinałem, wdychałem zapach smakowitego jedzonka, nadzorowałem całe ludzko – psie stadko, żeby nam grupka się nie rozpraszała. Żegnajcie wakacje.

Pozdrawiam słonecznie.

Red

Odpowiedz

Komentarz: